Przejdź do głównej zawartości

Veni, Vidi, Mruczy. Jak koty podbiły starożytny Rzym

 Patrząc na to, jak koty potrafią z godnością i pełnym zaangażowaniem ignorować otaczający ich świat, przeciągając się w najlepsze na miękkich poduszkach, trudno uwierzyć, że ich antyczni przodkowie musieli na ten luksus zapracować. A wcale nie było to łatwe, bo rzymski rynek zoologiczny był początkowo mocno zabetonowany.


 Kiedy w starożytnym Egipcie koty noszono na rękach i czczono jako bóstwa, rzymscy patrycjusze i plebejusze do walki z gryzoniami używali... oswojonych łasic, a czasem nawet węży. Prawdziwy, mruczący kot (Felis catus) zaczął nieśmiało przenikać do Italii dopiero w okolicach I wieku p.n.e. Początkowo traktowano go jako egzotyczną ciekawostkę z Dalekiego Wschodu i Egiptu, gdzie panował surowy zakaz wywozu tych zwierząt. Można więc powiedzieć, że pierwsze rzymskie koty były z natury lekkimi kontrabandzistami.


 Rzymianie, naród niezwykle pragmatyczny, szybko zorientowali się, że łasica może i jest zwinna, ale to kot jest maszyną idealną. Pliniusz Starszy w swoim monumentalnym dziele „Historia naturalna” (I w. n.e.) z chłodną naukową fascynacją opisywał ciche kroki i bezszelestne ataki tych zwierząt na ptaki i myszy. Z kolei w IV wieku n.e. rzymski autor dzieł rolniczych, Palladius, wprost instruował właścicieli ziemskich, że do ochrony upraw karczochów przed kretami i szkodnikami należy używać właśnie kotów. To był etap, na którym mruczki odrabiały pańszczyznę – solidna, fizyczna praca w spichlerzach i na polach.



 Ale jak tu wymagać ciężkiej pracy od kogoś, kto został stworzony do wyższych celów? Wraz z bogaceniem się Imperium, koty zaczęły przemykać z zakurzonych magazynów prosto do luksusowych rzymskich willi. W słynnym Domu Fauna w Pompejach (zniszczonych w 79 r. n.e.) archeolodzy odkopali wspaniałą mozaikę przedstawiającą pręgowanego mruczka polującego na kuropatwę. To dowód na to, że koty stały się częścią domowego krajobrazu, cichymi towarzyszami uczt, łaskawie przyjmującymi rzucane pod stół resztki ryb. Rzymianie docenili ich wrodzoną czystość i niezależność – do tego stopnia, że kot stał się symbolem i nieodłącznym atrybutem rzymskiej bogini wolności, Libertas.


 I tu dochodzimy do najbardziej fascynującego paradoksu rzymskiej miłości do zwierząt. Choć koty wylegiwały się już na wełnianych poduszkach, to rzymskie serca (i portfele) bez reszty należały do... psów. To właśnie psy – zwłaszcza małe, rasy podobnej do dzisiejszych maltańczyków – były traktowane z rozbrajającym sentymentalizmem. Rzymianie stawiali im marmurowe pomniki i rzeźbili epitafia, od których do dziś ściska w gardle. Na kamiennych tablicach wykuwali rozpaczliwe słowa pożegnania dla „słodkiej, która lizała moje dłonie” albo dla psa, który „nigdy nie szczekał bez powodu i spał na moich kolanach”.


Mozaiki ze zwierzętami, obecnie w Muzeum Narodowym w Neapolu (Wikipedia)

 Dla kotów takich tablic nie ma. Dlaczego? Prawdopodobnie kocia natura nie rezonowała z rzymską potrzebą absolutnego, psiego oddania. Kot domowy był obok człowieka, ale nigdy nie należał do niego w pełni. Nie potrzebował wylewnego pożegnania w marmurze, bo – w swoim stylu – miał to głęboko w poważaniu. Zamiast tego starożytne mruczki wolały zostawić inny, znacznie bardziej nonszalancki ślad po swoim istnieniu. Do dziś na terenach dawnego Imperium (od Italii po deszczową Brytanię i Normandię) archeolodzy znajdują starożytne dachówki z odciśniętymi kocimi łapkami. Jakiś mruczek po prostu przespacerował się po schnącej w słońcu glinie i kompletnie zignorował krzyki oburzonego rzemieślnika.


 Droga od egipskiego imigranta łapiącego myszy w stajni, do władcy kanap i poduszek była więc długa, ale zakończona pełnym sukcesem. Starożytne koty nie dostały może poematów wykutych w skale, ale wygrały coś znacznie lepszego: święte prawo do lenistwa, które ich potomkowie z taką samą gracją celebrują do dziś.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

10 powodów, dla których czarne koty są najlepsze (wersja posiadacza czarnego kota)😉

 Są tacy, którzy twierdzą, że czarne koty przynoszą pecha. Ale są też tacy – jak ja – którzy wiedzą, że to kompletna bzdura. Bo jeśli już coś czarny kot przynosi, to co najwyżej kapcie na środek pokoju, pół myszy na wycieraczkę i ogrom czułości zawiniętej w aksamitne futro. A oto 10 całkiem poważnych (i nieco mniej poważnych) powodów, dla których czarne koty są najlepszymi współlokatorami, terapeutami i domownikami, jakich można sobie wyobrazić. 1. Są eleganckie z natury Nie trzeba im zakładać obróżek z diamencikami. Czarne koty wyglądają jak stworzone do czerwonego dywanu. Mają w sobie coś z małego pantery – dostojność, grację i tę zdolność wchodzenia do pokoju tak, że wszyscy milkną. Nawet jeśli to tylko kuchnia i kot wchodzi po pasztet. 2. Nie widać na nich brudu (tak bardzo) Kto miał kiedyś białego kota ten wie – po pięciu minutach na podwórku wygląda jak chodzący kurz. Czarne koty? Nawet jeśli właśnie wróciły z polowania w krzakach, wyglądają jakby wyszły prosto z salonu SPA. ...

Kiedy kot odchodzi. O ciszy, która zostaje

 Nie ma na to gotowości. Nawet jeśli serce wie, że nadchodzi czas pożegnania, nigdy nie jest w stanie się naprawdę przygotować.  Bo jak przygotować się na ciszę po mruczeniu, na puste miejsce na fotelu, na brak łapek stukających o podłogę?  Śmierć zwierzaka, choć często bagatelizowana przez tych, którzy nigdy nie mieli futrzanego przyjaciela, jest prawdziwą stratą. Taką, która boli głęboko, cicho i długo.  Kot odchodzi zawsze po swojemu. Cicho, bez dramatów, jakby chciał powiedzieć: „Nie płacz, ja tylko idę tam, gdzie już nie boli”.  I choć w pierwszej chwili dom wydaje się dziwnie obcy, po jakimś czasie zaczynamy zauważać, że jego obecność została, ale już w inny sposób.  W świetle poranka, które wpada przez to samo okno, przy którym lubił siedzieć.  W kocu, na którym jeszcze długo zostają czarne włoski.  W odruchu, gdy odruchowo nalewasz wody do miseczki, która już stoi pusta.  Zwierzęta uczą nas życia, cierpliwości, czułości, codziennych d...

Dzień Czarnego Kota. Święto, które przywraca sprawiedliwość

 Każdego roku, 17 listopada, czarne koty stają się bohaterami dnia. Choć przez wieki były postrzegane jako zwiastuny nieszczęścia, dziś coraz częściej widzimy w nich to, czym naprawdę są, czyli pięknymi, inteligentnymi i pełnymi uroku zwierzętami. Święto to nie jest jednak tylko okazją do publikowania zdjęć w mediach społecznościowych. To dzień, który ma głębszy sens: przywrócić dobre imię czarnym kotom i zwrócić uwagę na ich los. Jak narodził się Dzień Czarnego Kota  Pomysł święta narodził się we Włoszech w 2007 roku z inicjatywy organizacji AIDAA (Associazione Italiana Difesa Animali ed Ambiente). Włosi zauważyli niepokojące zjawisko: czarne koty były w ich kraju częściej porzucane, maltretowane, a nawet zabijane niż koty w innych kolorach. Powód? Przesądy sięgające średniowiecza. Czarny kot miał rzekomo przynosić pecha, a jego pojawienie się na drodze było zapowiedzią nieszczęścia.  Z czasem pomysł rozprzestrzenił się na inne kraje Europy, w tym Polskę. W naszym kraju ...