Przejdź do głównej zawartości

Burasek, czyli najpiękniejsza zwyczajność świata

 Są koty, które od razu przyciągają wzrok niezwykłym kolorem. Białe wyglądają jak małe obłoczki, rude jak jesienne promienie słońca, szylkretowe jak przypadkowe dzieło malarza, a czarne jak kawałek nocy, który postanowił zamruczeć. A gdzieś pomiędzy nimi wszystkimi jest on. Burasek. Kot tak zwyczajny, że czasem aż przezroczysty dla świata. Kot z podwórka, z klatki schodowej, z ogłoszenia adopcyjnego, z babcinego fotela, z parapetu w kuchni. Kot, którego wiele osób mija wzrokiem, bo przecież „taki zwykły”. I właśnie w tej zwyczajności kryje się jego największy czar.


 Burasek nie musi niczego udowadniać. Nie ma futra jak śnieg, nie wygląda jak mały lew ani jak egzotyczna figurka z porcelany. Ma paski. Czasem cętki. Czasem marmurkowe zawijasy, jakby ktoś zanurzył pędzel w cieniu lasu i delikatnie przeciągnął nim po kocim grzbiecie. Ma na czole tajemniczą literę „M”, którą jedni wiążą z legendami, inni z genetyką, a jeszcze inni po prostu całują, kiedy kot łaskawie pozwoli zbliżyć twarz do swojego dostojnego czoła. Ma futro w kolorze ziemi, kory drzew, jesiennych liści, kurzu na wiejskiej drodze i ciepłego światła wpadającego przez okno po południu. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak im dłużej się na niego patrzy, tym bardziej widać, że burasek nie jest „szary”. On jest cały utkany z odcieni.



 Może dlatego buraski tak często wydają się kotami najbardziej „kocimi” ze wszystkich. Jest w nich coś pierwotnego, coś dzikiego, coś z małego tygrysa, który tylko udaje, że najważniejszą sprawą świata jest drzemka na złożonym praniu. Ich umaszczenie przypomina o czasach, kiedy kot nie był jeszcze panem kanapy, tylko cichym łowcą przemykającym przez trawy. Paski pomagały mu znikać w cieniu, zlewać się z gałęziami, przechodzić niezauważenie tam, gdzie inne zwierzęta zdradziłby każdy ruch. Burasek nosi więc na sobie historię przetrwania. Jego futro to nie przypadek. To zapis sprytu, ostrożności i kociej doskonałości dopracowanej przez naturę.


 Jednak burasek nie jest tylko dziki. Jest też nieprawdopodobnie domowy. Pasuje do kocyka, do parapetu, do miseczki w kuchni, do odgłosu czajnika i wieczornego światła lampki. Ma w sobie coś swojskiego, jak ulubiony kubek, stary sweter albo znajoma ścieżka prowadząca do domu. To kot, który potrafi wyglądać jak najzwyklejszy dachowiec świata, a potem jednym spojrzeniem przypomnieć, że każdy kot jest istotą z osobną galaktyką w oczach. Burasek może spać zwinięty w precel, może mruczeć jak mały traktorek, może patrzeć na człowieka z takim spokojem, jakby znał odpowiedzi na pytania, których my nawet nie umiemy zadać.


 Najpiękniejsze w buraskach jest chyba to, że każdy z nich jest inny. Ktoś powie: „pręgowane koty wyglądają podobnie”. Ale to mówi tylko ktoś, kto nigdy naprawdę nie poznał buraska. Jeden ma cienkie, eleganckie paski jak rysowane piórkiem. Drugi wygląda, jakby natura namalowała na nim tygrysie wzory z przesadnym rozmachem. Trzeci ma biały krawacik, czwarty skarpetki, piąty bursztynowe oczy, szósty zielone jak mokry mech po deszczu. Jeden jest dostojny i obrażony na świat z zasady. Drugi nie potrafi przejść przez pokój, żeby nie przewrócić po drodze czegoś, co akurat nie powinno zostać przewrócone. Jeden przychodzi na kolana sam, drugi udaje niedostępnego przez trzy lata, a potem nagle pewnego wieczoru kładzie łapkę na ludzkiej dłoni, jakby mówił: „No dobrze, zasłużyłeś”.



 Buraski mają też w sobie pewien rodzaj pokory, choć same pewnie byłyby oburzone takim stwierdzeniem. Nie są zawsze pierwszym wyborem. W schroniskach i fundacjach często czekają dłużej, bo człowiekowi oko ucieka ku kotom bardziej „efektownym”. Ku tym śnieżnobiałym, całkiem czarnym, rudym, puchatym, niezwykłym. A burasek siedzi sobie gdzieś z boku, z tym swoim klasycznym futerkiem, i nie wie, że dla wielu ludzi jest zbyt zwyczajny. Nie wie, że ktoś przewija zdjęcia i myśli: „Ładny, ale takich jest dużo”. Nie wie, że jego małe serce, jego charakter, jego ciche miauknięcie i jego przyszłe przywiązanie nie mieszczą się w jednym zdjęciu.


 Bo z buraskami jest trochę tak, jak z najważniejszymi rzeczami w życiu. Nie zawsze krzyczą o uwagę. Nie zawsze błyszczą od pierwszej sekundy. Czasem trzeba się zatrzymać, podejść bliżej, spojrzeć drugi raz. I nagle okazuje się, że ta „zwyczajność” jest pełna wzorów, odcieni i tajemnic. Że to nie jest kot jak każdy inny. To jest właśnie ten kot. Ten, który będzie czekał pod drzwiami łazienki, jakby człowiek udawał się na niebezpieczną wyprawę. Ten, który zajmie dokładnie tę część łóżka, która była przeznaczona dla naszych nóg. Ten, który o trzeciej nad ranem uzna, że długopis spoczywający na biurku stanowi zagrożenie dla porządku wszechświata. Ten, który nauczy nas, że miłość nie zawsze przychodzi w najbardziej widowiskowym opakowaniu.


 Burasek to kot codzienności. Kot poranków, kiedy jeszcze nie chce się wstawać. Kot wieczorów, kiedy świat trochę przyciska i dobrze jest mieć obok stworzenie, które niczego nie tłumaczy, tylko po prostu jest. Kot, który potrafi wtopić się w cień, a jednocześnie rozświetlić dom bardziej niż najbardziej ozdobna dekoracja. Kot, który wygląda jak mały kawałek natury przyniesiony do mieszkania: trochę lasu, trochę pola, trochę słońca na ziemi, trochę starego podwórka i trochę dzikiej niezależności.



 Może właśnie dlatego buraski są tak popularne. Bo są kotami najbliższymi naszej codzienności. Nie potrzebują legend o pechu ani szczęściu, nie muszą być symbolem luksusu, tajemnicy czy egzotyki. One po prostu są. Liczne, obecne, wierne własnej kociej naturze. Czasem niedoceniane, czasem mylone ze sobą przez tych, którzy nie patrzą uważnie, ale dla swoich ludzi absolutnie jedyne na świecie.


 Kto kochał buraska, ten wie, że w tym futrze nie ma nic zwyczajnego. Tam są mapy małych przygód, ślady po dawnych dzikich przodkach, cienie traw, paski tygrysa i miękkość domowego koca. Tam jest cała opowieść o kocie, który nie potrzebuje niezwykłego koloru, żeby być niezwykły. Bo burasek to dowód na to, że piękno bardzo często nie stoi na środku sceny w blasku reflektorów. Czasem śpi zwinięte na parapecie, ma pręgowane plecy, białe łapki i udaje, że wcale nie słyszy, kiedy wołamy je po imieniu.


 A potem podnosi głowę, patrzy na nas tym swoim spokojnym, pręgowanym spojrzeniem i człowiek już wie. To nie jest „zwykły kot”. To burasek. Mały tygrys codzienności. Najpiękniejsza zwyczajność świata.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

10 powodów, dla których czarne koty są najlepsze (wersja posiadacza czarnego kota)😉

 Są tacy, którzy twierdzą, że czarne koty przynoszą pecha. Ale są też tacy – jak ja – którzy wiedzą, że to kompletna bzdura. Bo jeśli już coś czarny kot przynosi, to co najwyżej kapcie na środek pokoju, pół myszy na wycieraczkę i ogrom czułości zawiniętej w aksamitne futro. A oto 10 całkiem poważnych (i nieco mniej poważnych) powodów, dla których czarne koty są najlepszymi współlokatorami, terapeutami i domownikami, jakich można sobie wyobrazić. 1. Są eleganckie z natury Nie trzeba im zakładać obróżek z diamencikami. Czarne koty wyglądają jak stworzone do czerwonego dywanu. Mają w sobie coś z małego pantery – dostojność, grację i tę zdolność wchodzenia do pokoju tak, że wszyscy milkną. Nawet jeśli to tylko kuchnia i kot wchodzi po pasztet. 2. Nie widać na nich brudu (tak bardzo) Kto miał kiedyś białego kota ten wie – po pięciu minutach na podwórku wygląda jak chodzący kurz. Czarne koty? Nawet jeśli właśnie wróciły z polowania w krzakach, wyglądają jakby wyszły prosto z salonu SPA. ...

Kiedy kot odchodzi. O ciszy, która zostaje

 Nie ma na to gotowości. Nawet jeśli serce wie, że nadchodzi czas pożegnania, nigdy nie jest w stanie się naprawdę przygotować.  Bo jak przygotować się na ciszę po mruczeniu, na puste miejsce na fotelu, na brak łapek stukających o podłogę?  Śmierć zwierzaka, choć często bagatelizowana przez tych, którzy nigdy nie mieli futrzanego przyjaciela, jest prawdziwą stratą. Taką, która boli głęboko, cicho i długo.  Kot odchodzi zawsze po swojemu. Cicho, bez dramatów, jakby chciał powiedzieć: „Nie płacz, ja tylko idę tam, gdzie już nie boli”.  I choć w pierwszej chwili dom wydaje się dziwnie obcy, po jakimś czasie zaczynamy zauważać, że jego obecność została, ale już w inny sposób.  W świetle poranka, które wpada przez to samo okno, przy którym lubił siedzieć.  W kocu, na którym jeszcze długo zostają czarne włoski.  W odruchu, gdy odruchowo nalewasz wody do miseczki, która już stoi pusta.  Zwierzęta uczą nas życia, cierpliwości, czułości, codziennych d...

Dzień Czarnego Kota. Święto, które przywraca sprawiedliwość

 Każdego roku, 17 listopada, czarne koty stają się bohaterami dnia. Choć przez wieki były postrzegane jako zwiastuny nieszczęścia, dziś coraz częściej widzimy w nich to, czym naprawdę są, czyli pięknymi, inteligentnymi i pełnymi uroku zwierzętami. Święto to nie jest jednak tylko okazją do publikowania zdjęć w mediach społecznościowych. To dzień, który ma głębszy sens: przywrócić dobre imię czarnym kotom i zwrócić uwagę na ich los. Jak narodził się Dzień Czarnego Kota  Pomysł święta narodził się we Włoszech w 2007 roku z inicjatywy organizacji AIDAA (Associazione Italiana Difesa Animali ed Ambiente). Włosi zauważyli niepokojące zjawisko: czarne koty były w ich kraju częściej porzucane, maltretowane, a nawet zabijane niż koty w innych kolorach. Powód? Przesądy sięgające średniowiecza. Czarny kot miał rzekomo przynosić pecha, a jego pojawienie się na drodze było zapowiedzią nieszczęścia.  Z czasem pomysł rozprzestrzenił się na inne kraje Europy, w tym Polskę. W naszym kraju ...