Siedzę przed monitorem. Jest 21:45, a błękitne światło ekranu powoli wypala mi resztki entuzjazmu. Próbuję „domknąć” arkusz w Excelu, który od godziny patrzy na mnie z taką samą obojętnością, z jaką ja patrzę na sałatkę z jarmużu. Wtedy pojawia się On. Czarny kształt, bezszelestny jak cień, materializuje się nagle dokładnie na środku mojej klawiatury.
Zasłania komórki od C12 do F48. Patrzy mi prosto w oczy z wyrazem głębokiego politowania, po czym wydaje z siebie krótkie, kontrolne „miau”, które w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Człowieku, ty naprawdę myślisz, że te cyferki są ważniejsze od drapania mnie za uchem?”.
W tym momencie następuje zderzenie dwóch światów. Mojego, pełnego deadline’ów, powiadomień i wiecznego „muszę”, oraz Jego, w którym jedynym terminem goniącym egzystencję jest pora kolacji (i to też tylko wtedy, gdy miska lśni pustką).
Lekcja pierwsza: Asertywność na poziomie „Expert”
My, ludzie, mamy problem z mówieniem „nie”. Zapisujemy się na dodatkowe kursy, bierzemy nadgodziny, przepraszamy, że żyjemy. Kot nie przeprasza. Jeśli kot nie ma ochoty na interakcję, po prostu wychodzi z pokoju. Bez wyjaśnień, bez maila z DW do szefa, bez poczucia winy. Gdyby koty prowadziły szkolenia z asertywności, trwałyby one dokładnie pięć sekund: „Jeśli coś ci nie pasuje, odwróć się ogonem i idź spać”. I wiecie co? To działa. Świat się nie zawalił, gdy mój czarny sublokator uznał, że praca nad raportem została właśnie zakończona jego interwencją.
Lekcja druga: Zarządzanie energią (nie czasem!)
W korporacjach uczą nas zarządzania czasem. Koty śmieją się z tego w kuwetach. One zarządzają energią. Wiedzą, że aby wykonać spektakularny skok na lodówkę (który jest ichnią wersją „targetu kwartalnego”), trzeba najpierw przespać szesnaście godzin w plamie słońca. To nie jest lenistwo. To optymalizacja zasobów. My biegniemy na oparach, pijąc czwartą kawę, podczas gdy kot celebruje moment, w którym słońce idealnie pada na dywan. On wie, że „teraz” jest jedynym czasem, jaki posiada. Arkusz Excela może poczekać do rana. Plama słońca zniknie za dziesięć minut.
Lekcja trzecia: Slow life w czarnym wydaniu
Kiedy ostatnio jedliście coś z taką uwagą, z jaką kot chrupie swoją ulubioną karmę? Kiedy ostatnio przeciągaliście się tak długo i dokładnie, czując każdy mięsień swojego ciała? Czarny Kot na blogu to nie tylko estetyka. To symbol elegancji połączonej z absolutnym brakiem pośpiechu. W świecie, który wymaga od nas bycia „zawsze dostępnym”, kocia intuicja podpowiada coś zgoła innego: bądź dostępny przede wszystkim dla siebie.
Zamykam laptopa. Excel musi uznać wyższość czarnego futra. Mój osobisty mistrz zen wygrywa tę rundę walki o work-life balance. Kładzie się na moich kolanach, mrucząc rytmicznie, a ja zaczynam rozumieć, że to mruczenie to tak naprawdę najmądrzejszy podcast o rozwoju osobistym, jakiego kiedykolwiek słuchałem.
Wniosek? Następnym razem, gdy poczujesz, że toniesz w obowiązkach, spójrz na swojego kota. On już dawno odkrył to, za co my płacimy terapeutom: życie jest zbyt krótkie, by nie przespać się w ciągu dnia, jeśli akurat nadarzy się okazja.

Komentarze
Prześlij komentarz