Nowy Rok. Cisza. Lodówka zamknięta, choinka jeszcze stoi, a ludzie siedzą przy stole i mówią o rzeczach, które na pewno zrobią. Słyszę to co roku. Zawsze z tym samym napięciem w głosie, jakby właśnie odkryli, że ich życie zaczyna się dopiero pierwszego stycznia. Ja w tym czasie siedzę na parapecie i patrzę, czy ktoś przypadkiem nie zapomniał zasunąć firanki. To jest mój pierwszy noworoczny obowiązek.
Ludzie nazywają to postanowieniami. Ja nazywam to sezonową iluzją kontroli. Wypowiadają te słowa z powagą godną polowania na laserowy punkcik, a potem zapisują je w kalendarzu, który już za dwa tygodnie będzie służył głównie do notowania wizyt u dentysty. Mówią: od jutra będę lepszy, zdrowszy, bardziej zdyscyplinowany. Ja mówię: od jutra będę spał w innym miejscu, żeby przypomnieć wam, że świat nie kręci się wokół waszych planów.
Najbardziej rozczula mnie to ich „od nowego roku będę mniej na telefonie”. Wypowiedziane tuż po sprawdzeniu powiadomień, prognozy pogody, horoskopu i trzech wiadomości od ciotki. Ja nie potrzebuję nowego roku, żeby wiedzieć, kiedy odłożyć wzrok. Gdy chcę patrzeć w ścianę przez dwadzieścia minut, robię to bez poczucia winy. To się nazywa równowaga.
Są też postanowienia dietetyczne. Zawsze. Słyszę je, leżąc obok miski, w której od trzech dni jest dokładnie to samo jedzenie. Ludzie obiecują sobie, że będą jeść mądrzej, mniej, zdrowiej. Ja jem, kiedy jestem głodny. Przestaję, kiedy nie jestem. Czasem patrzę na was z lekkim współczuciem, gdy odmawiacie sobie ciasta, a potem i tak zjadacie je w tajemnicy, stojąc przy blacie. Tajemnice w kuchni mają zapach wstydu i czekolady.
Często słyszę też: będę bardziej dla siebie. To ładne zdanie. Bardzo ludzkie. Znaczy wszystko i nic jednocześnie. Ja jestem dla siebie cały czas. Jeśli mam gorszy dzień, śpię dłużej. Jeśli ktoś mnie zdenerwuje, wychodzę z pokoju bez tłumaczeń. Jeśli potrzebuję bliskości, siadam dokładnie tam, gdzie najmniej wam wygodnie. To nie jest egoizm. To jest komunikacja.
Najbardziej jednak lubię postanowienie o porządku. O sprzątaniu życia, relacji, szaf. Obserwuję was, gdy wyrzucacie rzeczy, które „już wam nie służą”. Ja też pozbywam się zbędnych przedmiotów. Zrzucam je z półek. Systematycznie. Z zaangażowaniem. Bez listy.
Patrzę na wasze noworoczne nadzieje z ciepłem, nie z ironią. Lubię wasze starania. Są trochę jak pogoń za zabawką na sznurku. Wiecie, że ktoś ją trzyma, ale i tak biegniecie. I może właśnie o to chodzi. Nie o to, żeby wytrwać, tylko żeby chcieć spróbować jeszcze raz.
Ja nie mam postanowień. Mam rutyny. Mam słońce o określonej porze, miękkie miejsce do spania i świadomość, że jeśli dziś nie wyjdzie, jutro też jest dzień. Bez fajerwerków. Bez presji. Bez daty granicznej.
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz