Przez ostatnie sto lat czarny kot był w Polsce kimś w rodzaju narodowego kozła ofiarnego na cztery łapy. Jak ktoś rozbił talerz, zgubił klucze albo facet nie zadzwonił – winny był automatycznie ten czarny, co akurat przechodził ulicę. Nieważne, że szedł w drugą stronę i w ogóle miał gdzieś twoje życie miłosne.
Najśmieszniejsze, że ta cała anty-czarnokocia propaganda była tak skuteczna, że ludzie zaczęli bać się kota… który po prostu jest czarny. Nie agresywny. Nie zaczarowany. Po prostu melanina poszalała mu w sierści i tyle. A mimo to babcie na ławkach robiły trzy razy „tfu tfu tfu” przez lewe ramię, a dzieciaki rzucały petardami, żeby „odpędzić pecha”. No proszę państwa – mamy kota, który teoretycznie przynosi nieszczęście, a w praktyce sam jest największą ofiarą statystyczną pecha w całym kraju.
I wiesz co jest najpiękniejsze w tej historii?
Że mimo wszystko czarny kot wygrał.
Nie przez urok osobisty (choć ma go w cholerę), nie przez PR, nie przez kampanię „Adoptuj czarnego – 2025”. Wygrał po prostu siłą uporu i estetyki. Bo jak już zobaczysz w ciemnym korytarzu te dwie żółte lampki, które patrzą na ciebie z całkowitą wyższością – to już po tobie. Nie ma odwrotu. Wiesz, że właśnie zostałeś wybrany. I to nie ty wybrałeś kota. To on cię adoptował. Z typową dla siebie pogardą i lenistwem.
Dzisiaj czarny kot jest już prawie memem samym w sobie. Instagramowe konta pełne są podpisów typu:
„on przynosi pecha? no to ja już dawno powinnam być trupem”
„mój czarny kot właśnie przewrócił kaktusa i nadal żyjemy – mit obalony”
„patrzcie jaki diabełek 🖤😈”
I to jest piękne. Bo w końcu ktoś zauważył, że jeśli już mamy bać się czegoś na czterech łapach, to raczej białego kota z niebieskimi oczami, który wygląda jakby planował podbić świat i nagrać o tym hymn na TikToku.
A czarny?
Czarny po prostu siedzi na parapecie, przeciąga się jak mafijny boss po dobrym obiedzie i myśli:
„Dobra, dajmy im jeszcze jeden rok wiary w ten pech… robi się śmiesznie.”

Komentarze
Prześlij komentarz